dziewczynka haftuje zarobkowo suknię

Ciociu, czy nauczysz mnie haftować?

Coraz częściej spotykam się z pytaniami jak uczyć dzieci haftowania. Choć w prowadzeniu warsztatów mam doświadczenie głównie z dorosłymi to miałam też okazję poprowadzić kilka indywidualnych lekcji dla małych dziewczynek. Ostatnie takie spotkanie zbiegło się w czasie z tegorocznym dniem dziecka oraz moim najnowszym historyczno-hafciarskim odkryciem. Odbiera ono romantyzm oraz odczarowuje haftowanie i wszelkie prace ręczne, a przynajmniej we mnie pozostawiło pewien dyskomfort poznawczy. Myślę, że czas najwyższy, abyśmy spróbowali zobaczyć to takim jakim było.

Światło pochodziło z małego palnika gazowego

Niesamowitym zbiegiem okoliczności kilka dni temu przeglądając zasoby Amerykańskiej Biblioteki Kongresu pod kątem zagadnień hafciarskich natrafiłam na intrygujące zdjęcia z początku XX wieku. Przedstawiają one dzieci pracujące przy hafcie, szyciu oraz wykonujących zarobkowo inne prace ręczne. Zdjęcia same w sobie są ciekawe, ale właściwe wrażenie robią dopiero w zestawieniu z opisami, które im towarzyszą. To one niemal namacalnie pokazują co tam tak naprawdę się dzieje.

dziewczynka haftuje zarobkowo suknię
Lewis Wickes Hine, fotografia dokumentująca pracę dzieci przy hafcie, Newark, 1923.
Źródło: National Child Labor Committee Collection, Library of Congress.
Materiał w domenie publicznej.

Znalazłem trzynastoletnią dziewczynkę pracującą przy hafcie w odległym kącie słabo oświetlonego pokoju. Światło pochodziło z małego palnika gazowego znajdującego się wysoko nad głową dziewczynki, pośrodku pomieszczenia. Pracowała nad czarną suknią, której wzór był obrysowany czarnym ołówkiem. Za wykonanie bogatego haftu na tej sukni otrzymywała dziewięćdziesiąt centów. Wyhaftowanie jednej sukni zajmowało jej około trzech lub czterech dni, jeśli pracowała bez przerwy i regularnie. Pracowała od godziny 16:00, a była 19:00. Spodziewała się skończyć o 22:30.
Miejsce: Newark.”

To był pierwszy opis jaki przeczytałam i od razu mocno mnie poruszył. Ciężko byłoby mi wyczerpująco wytłumaczyć czym jest ogrom pracy, który musiała włożyć ta dziewczynka w wykonanie takiej sukni. Dziś haft nadal jest romantyzowany do tego stopnia, że większość ludzi zapewne uznałoby, że to dziecko miło spędzało czas pomagając finansowo rodzinie. Nic bardziej mylnego.

Choć zdjęcie, na którym widzimy trzynastolatkę jest ładnie oświetlone to światło to pochodzi z lampy fotografa. W pomieszczeniu oświetlanym lampą gazową, w dodatku umieszczoną z dala od wykonywanej pracy, panował półmrok. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa dni, kiedy moja mama na działce zapalała lampę gazową, bo z powodu burz bywały przerwy w dostawach prądu. Przymglone światło pozwalało na spokojne przygotowanie i zjedzenie kolacji, ale czytanie w nim nie było już zbyt możliwe. Haftowanie czarnego wzoru na czarnym tle w półmroku musiało być skrajnie trudne. Jeśli wyszywany motyw miał błyszczące elementy to sztuczne światło rozszczepiało się na nich i wbijało się w oczy niczym promienie słońca odbijające się w śniegu.

Patrząc na fotografię można by powiedzieć, że dziewczynka sobie stoi i haftuje. Tymczasem, jeśli policzymy jej godziny pracy wyjdzie nam sześć i pół godziny takiego sobie stania. Obecnie w profesjonalnych pracowniach hafciarskich, jeśli nie ma nowoczesnych udogodnień w postaci specjalistycznych lamp, odpowiednich stołów czy krzeseł czas pracy wynosi sześć godzin. Prawo pracy uznaje to za trudne warunki oraz wymuszoną pozycję pracy. Dziewczynka ze zdjęcia zaczęła haftować o godzinie szesnastej i łatwo jest się domyślić, że we wcześniejszej części dnia miała inne obowiązki. Mogła to być szkoła, ale równie dobrze inne zajęcie zarobkowe. Trzeba pamiętać też, że standardem dla dzieci w tym wieku było sporo obowiązków związanych z funkcjonowaniem domu. Także w Polsce dzieci przez długi czas dość naturalnie uczestniczyły w pracy dorosłych, choć oczywiście skala i warunki bywały bardzo różne.

Wynagrodzenie za wykonanie sukni też szokuje. Według tego co udało mi się dowiedzieć kwota dziewięćdziesięciu centów wynosiłaby dziś około 32 dolarów. Było to wynagrodzenie za wykonanie luksusowej sukienki, która w sklepie musiała kosztować olbrzymie pieniądze, a za którą twórca dostawał nędzne grosze. Dziś wykonanie czegoś takiego dawałoby zarobek wielokrotnie razy większy.

pierwszy haft dziecka
Na zdjęciu moja nastrasza baranica po raz pierwszy uczy się haftować.

Haftować nauczyła mnie babcia

Historia haftowania zaczęła się dla mnie, kiedy miałam pięć, może sześć lat. Moja babcia, którą w rodzinie nazywaliśmy Jagodą, spędzała ze mną i z moim rodzeństwem wakacje na działce. A że byłam dzieckiem, które chodziło, gdzie chciało i mimo zakazu ciągle wychodziło poza teren działki, babcia zaczęła uczyć mnie haftować, aby mieć mnie na oku. Tak przynajmniej dziś myślę, że to był powód. Babcia Jagoda była wykształconą kobietą, lekarką radiolożką, ale doświadczenie biedy lat powojennych pozostawiło ją z umiejętnością haftowania i szydełkowania. Najbardziej jednak znana była z robienia na drutach. Każde z naszego rodzeństwa miało po kilka swetrów jej roboty i bardzo je lubiliśmy. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek widziała ją z robótką hafciarską, co jest dość ciekawym spostrzeżeniem, skoro to ona jest przyczyną, a przynajmniej „pierwszą poruszycielką”, moich dzisiejszych poczynań hafciarskich.

Lorenza wykonuje łodyżki kwiatów

Matka z małoletnią córką pracują haftując
Lewis Wickes Hine, fotografia dokumentująca pracę dzieci przy hafcie, Nowy Jork, 1912.Źródło: National Child Labor Committee Collection, Library of Congress.Materiał w domenie publicznej.

„309 West 146th Street. […] oraz jej siedmioletnia córka Lorenza haftujące damskie bluzki w swojej brudnej kuchnio-sypialni. Lorenza wykonuje łodyżki kwiatów. Jej matka powiedziała: «Proszę zobaczyć jaka ona jest bystra. Pokażę jej jak coś zrobić, a ona od razu to wykonuje». «Jest taka mała, bo tak często chorowała». Pracuje po szkole. Ojciec nie ma pracy. «Za koronki płacą zbyt mało». Powiedziały, że zarabiają około 2 dolarów tygodniowo.
Miejsce: New York City.”

W rodzinie mam obecnie siedmioletnią bratanicę, jest kochanym, wesołym dzieckiem, które kończy właśnie pierwszą klasę szkoły podstawowej. Nie wyobrażam sobie, aby po szkole spędzała godziny pracując haftem na swoje utrzymanie i zdrowie. Jest to przywilej, o którym tak łatwo nami było zapomnieć. Mimo choroby pracować musiała mała Lorenza ze zdjęcia, a całe jej dzieciństwo mijało na zapewnieniu sobie i rodzinie utrzymania. Jej wyjątkowa zdolność do haftowania, z której jej matka była tak dumna, zapewne zdefiniuje jej całe życie. Za to potrzeby ekonomiczne będą dłużyć się godzinami pracy w ciasnym i nienadającym się do życia mieszkaniu.

W wielu opisach zdjęć, które znalazłam w Bibliotece Kongresu jest kilka powtarzających się rzeczy. Jedną z nich jest motyw ojca rodziny bez pracy, albo mającego ją okazjonalnie co oznacza, że kwoty podane w opisach są głównym zarobkiem często wieloosobowej rodziny. Na wielu zdjęciach widać po kilkoro dzieci pracujących razem z rodzicami. Świadomość bycia ważnym ogniwem ekonomicznym rodziny dla dziecka staje się niewyobrażalną odpowiedzialnością. Dziś oczywistym jest dla nas, że sprawy finansowe spoczywają na barkach dorosłych, a dostępu do jedzenia nie dyktuje ilość nadzianych na drucik kwiatków.

Drugim często powtarzającym się przy różnych fotografiach wątkiem jest stwierdzenie, że „Za koronki płacą zbyt mało”. Idzie za tym konkluzja, że na hafciarstwie dało się jeszcze ciut zarobić, ale na koronczarstwie już nie. Z mojej współczesnej perspektywy wartościowanie tych dwóch podobnych zajęć jest niezrozumiałe. Koronczarstwo wymaga wiele precyzji, powtarzalności i trzymania się często trudnych schematów wzorów. Choć wykonywane inaczej są tak samo wymagające.

Szybko zapominałam tego czego babcia mnie nauczyła

Pierwsze kroki nie były dla mnie łatwe. Byłam w końcu małą dziewczynką i nie umiałam jeszcze nawet pisać, czy pewnie trzymać długopisu. Tych umiejętności miałam nauczyć się dopiero w nadchodzących latach szkoły. Tak jak trudu nauki pisania nie pamiętam, tak też nie pamiętam nauki haftowania. Nie mam z tym większych wspomnień związanych ani z frustracją, ani też z ekscytacją. Nauka haftu była dla mnie czymś naturalnym, nie związanym z wzlotami czy upadkami edukacji. Liczyła się w niej obecność babci, która była jedną z najważniejszych osób w moim życiu.

Pamiętam, że szybko zapominałam tego czego babcia mnie nauczyła, więc wielokrotnie pokazywała mi te same ściegi od nowa i od nowa. Nauczyła mnie tak kilku ściegów. Były nimi sznureczek, stębnówka, łańcuszek oraz zadziergiwany, którym potem wykonałam płatki pierwszych kwiatków. Ich środki robiłyśmy długimi węzełkami i choć były najtrudniejsze to bardzo mi się podobały. Do dziś mam makatkę w pnące się po winorośli kwiaty, którą razem haftowałyśmy. Dokończyłam ją sama, ale już po wielu latach, kiedy byłam nastolatką.

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy miałam naturalne predyspozycje manualne czy przez to, że od dziecka haftowałam i szydełkowałam to wykształciły się one w toku tych zajęć. Oglądając zdjęcia z pracującymi manualnie dziećmi utwierdzam się w przekonaniu, że w rozwoju moich umiejętności największe znaczenie miała jednak praktyka. Mam wrażenie, że trochę za często stawiamy zdolności na piedestale osiągnięć innych ludzi. A tak naprawdę najczęściej są to odpracowane godziny pracy.

Nettie, lat 9, jest bardzo zręczna.

dzieci szyją części lalek do fabryki
Lewis Wickes Hine, fotografia dokumentująca pracę dzieci przy produkcji lalek Campbell Kids, Nowy Jork, 1912.
Źródło: National Child Labor Committee Collection, Library of Congress.
Materiał w domenie publicznej.

„Godzina 17:00. Robienie nóg do lalek Campbell Kids. Rodzina Cattena, 71 Sullivan Street, mieszkanie na piątym piętrze od frontu. Gdy tylko wykonano zdjęcie, Rose zaniosła pudełko pełne gotowych nóg do firmy Aetna Doll and Toy Co. (nazwa firmy była nadrukowana na pudełku). Tessie (po prawej) mieszka piętro niżej i wykonuje tę samą pracę u siebie. Pomagała tutaj. Rose ma 14 lat. Lena (z deformacją) ma 12 lat. Nettie, lat 9, jest bardzo zręczna. Wszystkie pracują po szkole i często aż do godziny 22:00.
Miejsce: New York City.”

Kiedy miałam 12 lat rodzice kazali mi iść spać i gasić światło o 21:00, a ja po kryjomu czytałam jeszcze książki z latarką pod kołdrą, rzadko jednak miałam odwagę przeciągnąć ten czas poza 22:00.

A poniżej właścicielki lalek Campbell Kids,

dzieci bawią się lalkami uszytymi przez nieletnich pracowników
Lewis Wickes Hine, fotografia przedstawiająca dzieci bawiące się lalkami Campbell Kids, Nowy Jork, 1912.
Źródło: National Child Labor Committee Collection, Library of Congress.
Materiał w domenie publicznej.

„Dzieci bawiące się lalkami Campbell Kids
Miejsce: New York City.”

Haft to też jest praca

Zdarza mi się czasem usłyszeć od różnych osób: „Tak, tak, haft to też jest praca”, ale w ich ustach brzmi to trochę jakby nie chcieli mi zrobić przykrości, a tak naprawdę nie rozumieją, jak przyjemność może być pracą. Romantyzowanie haftu jako przyjemność pozbawiona go pragmatyzmu zlecenia utrzymującego twórcę na powierzchni ekonomicznej. Odbiera to takim zajęciom wagę wysiłku włożoną w planowanie, projektowanie, szukanie zleceń czy promocję.

Obraz jednak zmienia się diametralnie, gdy zamiast osoby dorosłej wstawimy w to samo miejsce dziecko.

Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam, że dzieci powinny pracować zarobkowo. Zostawmy znój pracy dorosłym, a młodzież niech poznaje i rozwija swoje pasje. Mało jest rzeczy, które bardziej mnie cieszą niż zasianie małej iskierki zainteresowania i rozpalenie ciekawości. Może tak jak ja wspominam dziś moją babcię, ktoś inny za wiele lat pomyśli o mnie ciepło raz na jakiś czas.

Zdjęcia historyczne i cytowane opisy wykorzystane w artykule pochodzą z kolekcji dokumentującej pracę dzieci na początku XX wieku wykonanej przez Lewis Wickes Hine dla National Child Labor Committee. Materiały udostępniane są przez Library of Congress i znajdują się w domenie publicznej.

Postaw kawę dla Ula Smykowska - hafciarka na buycoffee.to

Napisz, co o tym myślisz